GRY ONLINE - public relations - pozycjonowanie - zdjęcia - Chełm - oferty pracy - projekty domów drewnianych - Szlifierki do drewna - Uzależnienia - Telewizory - wiersze - czytniki rfid - Saturn Wrocław

Untitled Document

O sobie

Byłem od dzieciństwa napiętnowany poezją, fakt ten nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Dokąd tylko sięgam pamięcią w przeszłość, poezja towarzyszyła mi od najwcześniejszych lat. Jej źródła - poza oczywistą predyspozycją wrodzoną (dawniej zwykło się ją nazywać talentem) - upatruję w potężnym, podwójnie skrzyżowanym ciśnieniu: górzysto-leśnego pejzażu Naprawy, wsi rodzinnej mojej matki, i mistycznego, zatęchłego podwórka przy ulicy Jagiellońskiej w Krakowie, gdzie mieściło się służbowe mieszkanie ojca.
Tam urodziłem się właśnie. W sercu Krakowa, dwa kroki od Sukiennic, na skraju Plant, w cieniu Uniwersytetu Jagiellońskiego; terror tej atmosfery z pewnością zaciążył nieświadomie nad moją psychiką. Dzieciństwo miałem szare i chyba smutne. Ale pamiętać należy, że wszystko, co działo się w życiu naszym dawniej, pięknieje poprzez odległość i wspomnienie; co brzydkie i przykre, zanika, a co ładniejsze - ogromnieje nabiera wymiarów tkliwości, staje się przedmiotem tęsknoty. Przez lat trzydzieści mieszkałem w maleńkim podwórku oficynowym, do którego nie dochodziły promienie słońca. Było to dno czworokątnej studni, obwarowanej ślepymi ścianami starych budowli; resztki powietrza opadały tam chyba przez pomyłkę albo przez litość. Mieszkanie nasze (jedna ciemna izba) było oświecane mdłą lampą gazową; późnym wieczorem, gdy już spaliśmy, rozlegał się gdzieś z sąsiedztwa codzienny, ustawiczny, rzewny dźwięk cytrzanej muzyki. Oto klimat, w którym rodziła się, a raczej dochodziła do głosu moja poezja.


Ojcowski zakład pracy (uniwersyteckie laboratorium chemiczne) spoglądał oknami na Planty, toteż dzieciństwo moje wykołysały zielone, szumiące kasztany. To kołysanie się drzew przyprawiło mnie od dziecka o liryzm, który stał się nieodłączny od mojej mowy jak wiatr od natury. W takiej atmosferze zaczytywałem się w poezjach Słowackiego, najukochańszego mojego poety, żyję w jego kulcie po dziś dzień. Z dna przepaścistego proletariackiego podwórka, z mroku, z wilgoci, z zaduchu wydzierało się w górę marzenie o pięknie, pieśń ściętej głowy. Myślę, że i moja poezja była w jakiś sposób naturalną kon-
sekwencją tego stanu, była wspinaniem się ku światłu, wołaniem o powietrze, upartym drapaniem się z dołu do góry. _
Od dziecka łączył mnie najściślejszy związek z Naprawą, ponieważ w zespole dwojga rodziców matka była elementem silniejszym, który nadał życiu mojemu barwę, sens, smak. W orbicie jej miłości powstało moje pisarstwo, tam zapalało się jego najważniejsze kierunkowe światło. I poprzez matkę wieś ta wpłynęła żyłami do mojego literackiego krwiobiegu. Tak więc przewaga tematów podhalańskich w mojej twórczości jest niczym innym, jak dokumentem wspólnoty, zaświadczeniem krwi, atawistycznym zewem syna miasta, lecz wnuka wsi, który poprzez pięćdziesiąt procent krwi góralskiej, którą w sobie nosi, wdrążył się w glebę Podhala, opiewając z pasją ziemię, z której się sam był wywiódł poprzez matkę.


Długa i mozolna jest droga poety. Jakaż była u mnie ta droga? Po szkole powszechnej (dziś rzekłoby się: podstawowej) wstąpiłem do gimnazjum już naznaczony piętnem poezji. Patrzę na rymowane pierwociny dziesięcioletniego chłopaczka - dochowały mi się do dziś - i patrząc nabieram szacunku dla tej upartej, żarliwej, konsekwentnej pasji. W tymże roku 1914 - miałem właśnie lat dziesięć - wybuchła pierwsza wojna europejska. Myślę, że ta wojna i związany z nią powszechny nastrój w społeczeństwie wyzwoln we mnie samopoczucie twórcze. Nie dokopię s/ w pamięci tych odległych już czasów, bez wąt, pienia jednak musiało tkwić we mnie dawniej to co zwykło się określać terminem: żyłka poetycka' owa szlachetna skłonność twórcza, z którą s^ trzeba urodzić, a która tylko w odpowiednich służebnych warunkach może zamanifestować się i owocować. Byłem chłopcem rozbudzonym umysłowo ponad wiek. W aurze tego rozbudzenia wybucha wojna, o którą modlił się jeszcze Mickiewicz, gotuje się broń i orły narodowe, kończy się noc niewoli, błyska jutrzenka wolności. I oto - mówiąc pompatycznie - iskra uniesienia patriotycznego pada na czułe prochy i zapala poetycki ładunek w psychice małego, nie wyrośniętego gimnazjalisty.
W pierwszym okresie poezjowania królowała u mnie liryka religijno-patriotyczna. Wierszyki były nieudolne, grafomańskie, lecz autor ich niedawno dopiero opanował sztukę czytania i pisania, poczekajmy trochę, nie od razu Kraków zbudowano. W owej pra-epoce poetyckiej forma niestety ciągle kulała, chłopaczka wszakże ponosił święty zapał. Kto wie, może już wtedy czułem się tym szczęśliwcem, którego mitologiczna Muza ucałowała w czoło? Niepohamowany w ambicjach kropiłem dalej na ławie szkolnej (czasem i pod ławą) wiersze o ojczyźnie, o niepodległości, o boju, o wiośnie, o łzach, o miłości, o przyrodzie, o górach, o kwiatach. To jeszcze nie "iuvenilia", czyli płody młodzieńcze, to chyba "infantilia", czyli wiersze dziecięce. Mówiła mi matka, że byłem dzieckiem nad miarę uczulonym i uczuciowym. Wcześniej od innych rówieśników zacząłem czytać i pisać, potem nawiedził mnie ogromny głód książek i rozmiłowanie w poezji. Powoli stawałem się uznanym rymopisem klasowym. Na przekór pełnemu zadowoleniu stanęła niestety matematyka, koszmar mojej szkolnej młodości. Nieraz profesor dogadywał mi gorzko przy tablicy wobec całej klasy:
- Ty, Kurek, zamiast czytać książki pod ławką albo gryzmolić wypociny, mógłbyś się raz uczciwie zabrać do arytmetyki.


Koledzy tylko na to czekali, oni zawsze gotowi śmiać się z cudzego potknięcia. I tak klasa sprzymierzała się z belfrem przeciwko mnie. Wtedy narodziło się we mnie żarliwe uczucie odwagi, buntu, samozaparcia. Tu na środku klasy, przy tablicy, zawstydzony nie po raz pierwszy, wśród śmiechu gawiedzi, jak autentyczny męczennik uczyniłem cichy, ważny ślub - akt wszystkich połączonych sił mojego ducha. Młody, wrażliwy chłopiec przysięgał sobie pod pręgierzem, że pomimo wszystko nie ugnie się. "Żeby nie wiem co miało się stać, ja wam pokażę, że postawię się na głowie, a będę poetą". Boże! Jedna tylko matka patrzyła życzliwie na nieskładne próby poetyckie syna, matka, która nie umiała czytać ani pisać, prosta góralka z Naprawy. "Świat jest zawistny, synku, nie chce cię uznać. Nic sobie z tego nie rób. Pisz, będziesz poetą". Może więc i ten wyimaginowany uraz męczeński w ambitnym, wrażliwym wieku umocnił mnie w decyzji, w uporze, ponieważ ktoś próbował mi te wiersze obrzydzić, wybić z głowy. "Należysz do rodu wyklętych. Będziesz poetą" - przepowiadałem sobie wieczorami przed snem. Chodziłem na mecze piłkarskie, lecz bardziej interesowały mnie książki Romain Rollanda i poezje Słowackiego. Jego Godzinę myśli recytowałem głośno, samotnie, na pamięć, chodziłem nieprzytomny z wrażenia.
Jak pisać wiersze w pokoju, który jest równocześnie kuchnią? W którym gnieździ się sześcioro osób, a jest tylko jedna dziura świetlna, czyli okno, przy którym chciałby usiąść każdy? A okno wychodzi na ślepą, odrapaną ścianę, na dno smutnego podwórza? Więc siadałem w najciemniejszym kącie, tam poezja rodziła się w mroku, była rzeczywistym owocem trudu, dziełem okoliczności nie sprzyjających, które przydawały jej napięcia i żaru.
Pisałem wiersze - pożal się Boże - okropne. Chowam z pietyzmem w szufladzie pękatą teczkę z dwustu chyba wierszami, które dzielą gimnazjalistę od jego pierwszego tomiku poezji, wydanego w latach uniwersyteckich. Wiosną 1922 roku, a zatem jeszcze przed maturą, osiągnąłem satysfakcję, jaka bywa udziałem moich kolegów przeważnie w późniejszym wieku: debiutu poetyckiego w druku. Oto ziszczone marzenie poety, chrzest, ostrogi, czy jak się to jeszcze nazywa. W pisemku młodzieżowym "Nasz Przegląd" wydrukowano mój wierszyk pt. Bzy. Niektórzy jednak lekceważyli nadal moje zapędy poetyckie. Jedynie matka odnosiła się do nich poważnie; któraż matka myślałaby inaczej? W najpopularniejszym dzienniku Krakowa "Ilustrowanym Kurierze Codziennym" pracowała w administracji córka naszych znajomych. Na prośbę matki mojej przekazała ona recenzentowi literackiemu pisma (znanemu wówczas poecie) sporą wiązankę wierszy gimnazjalisty z prośbą o ocenę. Po dłuższym czasie (musiałem się upominać, sprawa była przecież dla mnie najwyższej wagi) odniosła mi ją ze słowami:


- Powiedział, że bez wartości. Szkoda zachodu. Nie warto pisać.
Nie przyjmowałem tego do wiadomości. Któryż poeta zechce w to uwierzyć? Pisałem dalej. Pomyślałem sobie (kto wie, czy nie matka podsunęła mi tę myśl?): A może oceniacz się pomylił? Przeczytał pobieżnie? Może w ogóle nie przeczytał? Może z zazdrości, z zawiści pochodzi ta krytyka? Na wszelki wypadek postanowiłem poprawić się; bardzo tego chciałem.

Na ławie gimnazjalnej połykałem książki dosłownie i masowo, uczyłem się obcych języków, uczęszczałem na literackie prelekcje, byłem pochłonięty pracą wyobraźni. Obsyłałem już czasopisma swoimi wierszami - bez większego powodzenia. Z uwagi na format widzenia poetyckiego zbliżyłem się od razu do formującej się właśnie w Krakowie grupy nowej sztuki, skupiającej formistów, futurystów, wreszcie awangardzistów. Nawiązałem kontakt listowny z Peiperem, najwybitniejszym przywódcą myśli nowatorskiej w poezji', posyłałem mu wiersze, które chwalił, ale ich nie drukował jeszcze w redagowanej przez siebie "Zwrotnicy"; postąpił mądrze. Wszedłem w korespondencję z Marinettim, twórcą futuryzmu włoskiego. Zainteresowałem się bowiem bliżej literaturą włoską, co mi z kolei zapewniło pobyt stypendialny na uniwersytecie w Neapolu, to jeszcze bardziej związało mnie z kulturą Włoch. Owocem tego były artykuły oraz przekłady z poetów włoskich drukowane po czasopismach, po latach wróciłem do pracy tłumacza, jej wynikiem jest powojenny przekład poetycki Sonetów do Laury Petrarki, który rozszedł się po kraju w trzech wydaniach,
Mój, poetycki start na uniwersytecie odbywał się w atmosferze przyjaznej życzliwości, już tu
coś o mnie uprzednio wiedziano. Tu także ustalił się krąg mojej poetyki: nowej, nowoczesnej, nowatorskiej. Najściślej - poza Peiperem - związałem się z Przybosiem i Brzękowskim, następnie z Czuchnowskim, z którymi później wydawałem "Linię", pismo awangardy poetyckiej, byłem jego redaktorem. W roku 1925 wychodzi mój książkowy debiut: tomik poezji pt. Upały, jako wydawca figuruje Almanach Nowej Sztuki.

Później wszystko poszło już o wiele gładziej. Tomik, który niniejszym prezentuję, jest osiemnastą z rzędu moją publikacją poetycką.
Z epoki po maturze, a przed debiutem książkowym, przypominam sobie wieczór poetycki na uniwersytecie pt. Jolu na morzach Astoreth. Tytuł egzaltowany z pewnością, ale to nie takie błahe, jakby się wydawało z pozoru. Był rok 1923, miałem lat dziewiętnaście. Nie zamieściłem nigdy tego utworu w druku, uważając go może za niedojrzały, choć kto wie, czy właśnie teraz nie nabrałby on wyjątkowej aktualności. Czytając go, można by wyczuć w nim jakieś "wieszcze" odniesienia do epoki rakiet międzyplanetarnych. Był to "poemat kosmiczny", tak go właśnie nazwałem przed pięćdziesięciu prawie laty. W tym duchu pisałem jeszcze wcześniej Manifesty do Marsa. Cytuję parę zdań z pompatycznego wstępu:

"...Dwudziestowieczna przepastna nasza kultura nie odsunęła nas ani na cal od naszych prawiecz-nych, prymitywnych tęsknot - od gwiazd. Przygłuszony od wieków instynkt planetarny obudził się w naszych piersiach w chwili największej świadomości naszej bezmocy, to znaczy w chwili największego triumfu ludzkich muskułów i mózgu. Działo się to na malutkim świecie, oplecionym siecią szyn i drutów, który się nazywa Ziemią...".

A oto zakończenie poematu sprzed pół wieku, w którym opiewałem - świeżo upieczony maturzysta - naszą bluźnierczą wyprawę na księżyc:
...Szliśmy do ciebie, o Astoreth,
niebieskomleczna pani,
w grającej fali galaretowatych włosów,
w płynącym bezwstydzie bioder,
aleśmy się rozbili
w planetarnym wichrze
naszą konchę białych snów i naszą konchę białych snów, o Astoreth...

Pamiętajcie - poeci byli pierwszymi, którzy zaludniii ciała niebieskie na długo, zanim dotarła tam myśl uczonych, zanim zaczęły ją eksplorować maszyny sterowane tą genialną myślą. Świadkami są stulecia, że intuicja często wyprzedzała wiedzę.
W początkowych etapach praktyki poetyckiej twórczość moja rozłamy wała się jakby na dwa nurty. Jeden, właściwy i główny, to liryka czysta
0 charakterze nowatorskim, druga zaś - poezja raczej przystępna, silnie emocjonalna i prosta, jeśli idzie o jej wymowę artystyczną. Ten drugi nurt (reprezentują go m. in. Śpiewy o Rzeczypospolitej) spełniał w moim rozumieniu ważne i pożyteczne zadanie. W późniejszym okresie starałem się ten drugi nurt wtopić w pierwszy.
Zdaję sobie sprawę z faktu, że uprawiając jednocześnie poezję i prozę powieściową - jestem bardziej znany i czytany jako powieściopisarz z uwagi na znaczniejszy rezonans społeczny powieści; to niewątpliwie przytłumiło odbiór mojego poetyckiego urobku ze szkodą dla pełnego obrazu pisarza. Tym bardziej że poezja właśnie stanowi istotniejszą część mojej działalności twórczej. Nieraz pytają mnie słuchacze na spotkaniach autorskich: kim pan się bardziej czuje, poetą czy powieściopisarzem? Odpowiadam wtedy bez wahania, jako że czuję to w sobie bezbłędnie i dokładnie od lat najdawniejszych: - Poetą.


Z tych dwóch dyscyplin pisarskich, jakie uprawiam, tak bardzo odmiennych pod względem struktury - za właściwą sobie uważam poezję z racji dyspozycji wewnętrznych, z uwagi na specyficzny format wyobraźni i ekwipunek stylistyczny, uformowane w latach młodzieńczych. Wszystko, co piszemy - poza poezją - to w jakiś sposób relacja, opis, opowiadanie, sprawozdanie, owijanie się wokół tematu, poezja natomiast - stanowi wdarcie się w samo sedno rzeczy, wniknięcie w jądro, w istotę; ona jest wyrazem najbardziej obnażonej, czyli bezpośredniej mowy ludzkiej.
*
* *
Długa i mozolna jest droga poety. Opublikowałem sporo artykułów teoretycznych na temat zagadnień związanych z poezją. Nawoływałem w nich poetów do pracy, do wysiłku, do nauki. Poezja jest tyleż sztuką, co i techniczną umiejętnością. Powie ktoś: poetą się jest, nie można się nim stać w odróżnieniu od inżyniera, generała czy lekarza, bo te zawody można w życiu zdobyć poprzez studia, praktykę, dyplomy, awanse. Jest się poetą niezaprzeczalnie na podłożu oczywistych predyspozycji psychicznych, ale bez wykształcenia - kim by się było? Nie wystarczy mieć tzw. talent, trzeba nauczyć się pisać, i to w sensie zwielokrotnionym, wspiąć się na wyższy stopień wtajemniczenia, do poziomu sztuki, osiągnąć pełną sprawność warsztatu, co wszak nie bywa przywilejem wielu. Trzeba nam poetów z prawdziwego zdarzenia (dawniej mówiło się: z bożej łaski), uczciwych, świadomych swojego rzemiosła, powiedziałoby się wręcz, gdyby to nie brzmiało pół-śmiesznie, pół-bluźnierczo: solidnych, wysoko kwalifikowanych fachowców.
A oto zasady praktyczne mojej poetyki. Wiersz wolny z tolerancją dla układów zwrotkowych; biały albo rymowany (rymem zbieżnym, oddalonym lub asonansowym); rytmika naturalna (to znaczy tok wiersza o melodyjnej kadencji akcentów). Jestem przeciwny tromtadracji, bełkotowi, patosowi, kataryniarstwu. W zamian za to postuluję: powściągliwość, zwięzłość (mowa wiązana oznacza: zwięzła), umiar, wstyd uczuć, ideę ładu i dyscypliny. Uprawiam swobodną grę wyobraźni, poddaną jednak rygorowi twórcy. Stosuję zasadę skojarzeniową układania równorzędnego obrazów i zdań - nie według ich logicznego porządku, lecz wedle czystych praw fantazji. Uczę wyzwalać lotną a wysokoobrotową machinę obrazowania. Głoszę likwidację dopełniaczy, awans przysłówka, tępię nadużywanie nadmiernego przymiotnikowania jako zbędnego narzędzia dekoracyjnego. kawa, to nieporadność, łatwizna, niedojrzałość. Poeta powinien mądrze kierować lejcami rozhukanego pegaza. Mówić w sposób nieopanowany, kląć czy też spowiadać się bełkotliwie potrafi każdy szofer lub zakochana licealistka. Poeta powinien kiełzać galopujące słowa. Nie chaos, lecz ład stanowi ideę kierującą w liryce, nie darmo to, co z nim w zgodzie, nazywa się ładne.

W wierszach moich - zwłaszcza w ostatnich latach - przewija się element pewnej dydaktyki kształtującej postawę światopoglądową czytelnika. Czynię to nie tylko z pobudek natury moralnej, intelektualnej, obywatelskiej, lecz przede wszystkim z inspiracji poetyckiej. Po dawnym okresie spontanicznego, wybuchowego liryzmu (określanego mianem talentyzmu) dążę obecnie ku epigramatycznej zwięzłości, ku refleksji badawczej o charakterze raczej praktycznym niż ku metafizycznym uogólnieniom. Byłby w tym jakiś nawrót do tradycji poetów Oświecenia, co na tle naszej sytuacji historycznej można by uznać za nowatorstwo.
Poeci żądają kraju bez granic; jest nim wyobraźnia; która powinna być bezbrzeżna. Ale ogranicza ją właśnie słowo. Stąd pragnienie poetów: rozsunąć jak najdalej granice słowa. Jakże to rozumiał Słowacki?
Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa...
Właśnie. Niby to proste, a jak skomplikowane. W tym leży trud twórczy: ogarnąć nieogarnione. Przemawiać nie tylko słowem, także międzysło-wiem, samym wiązaniem słów.
*
* *
Oglądam się wstecz. Cieszę się, że należałem do burzliwej, odnowicielskiej fali w naszej poezji, fala ta odkryła przed młodą generacją poetów kraj samodzielnych poszukiwań twórczych. W momencie kiedy wespół z rówieśnikami wstępowałem w szranki poetyckie, istniały w Polsce dwa obozy wzajem sobie przeciwstawne: tradycyjny Skamandra i nowatorski Awangardy. Wszystko inne nie liczyło się wówczas, nie było ważne. Dzisiaj - jakimkolwiek mianem obdarzylibyśmy najnowszą, współczesną nam poezję - należy stwierdzić, że rysy jej oblicza wymodelowała awangarda, że więc rozwija się ona w blasku czy w cieniu osiągnięć liryki awangardowej.
Poeta nie zaprze się nigdy swej namiętności, którą tworzy najczystszy, najintymniejszy, najbardziej bezinteresowny poryw. Można się wyczerpać z inwencji, z zasobów sztuki pisarskiej, można przestać pisać powieści, ale poezji nie wy-prujesz z żył, choćbyś nawet przestał tworzyć. I dlatego te wiersze liryczne, wywiedzione z samego środka życia, pozornie od niego oddalone, wyjaśniają je najlepiej. Szczęściem było i jest dla mnie pisanie wierszy, w nich mieszczę się cały bez reszty, one mnie lepiej tłumaczą niż cokolwiek inne; o ile w ogóle człowiek może być wytłumaczony w tak wielu drganiach, z których jeszcze tyle pozostaje nie odgadnionych. W każdym razie ta skrajnie naga wypowiedź ludzka, jaką jest poezja, stanowi jedno z ważnych narzędzi poznania człowieka.
I w tym sensie rozumując jestem pewien, że poprzez język poezji bezpośredni będę zaświadczony dobitniej i pełniej. A także - mam nadzieję - będę zrozumiany właściwiej i lepiej. Czym jest pisanie? Jest pokonywaniem nacisku z zewnątrz, formułą samoobronną organizmu w odpowiedzi na sprzysiężenie świata, jest pewną formą walki - o co? O siebie, o swoje sumienie, o swoje piękno, o swoją prawdę, o swoje prawo do głosu, o swoją własną ścieżkę w ojczyźnie. Dopiero z tym wszystkim, coś w wierszach wyraził, zamknięty w nich szczelnie i w całości - dopiero z tym dziełem swoim zapaść w ludzi, wniknąć w społeczeństwo; chyba to stanowi prawdziwe zjednoczenie się z narodem. Taka powinna być, moim zdaniem, tęsknota i taka powinna być droga twórcza każdego poety.

stoliki : tłumaczenie : pompa ciepła : broker : biżuteria : cbradio : projektowanie wnętrz Warszawa : hotel Mazury